to wszystko wina Liama.
w końcu życie Theo nie składa się tylko z oglądania bajek disney'a, prawda?
jeśli już znajdzie czas na to, żeby usiąść i obejrzeć jakiś film – czyli praktycznie nigdy – preferuje coś klasycznego, w skrajnych przypadkach kino niezależne, najlepiej z napisami. i wcale nie wydaje mu się, by coś na tym trafił. Theo nie ma również w zwyczaju spędzać czasu z dziećmi, ponieważ nie potrafi się z nimi szczególnie dobrze obchodzić. problem nie tkwi w braku starań lub sympatii. – absolutnie daleko mu do kogoś, kto nie cierpi małych brzdąców. – po prostu ich do końca nie rozumie. są jeszcze takie niedojrzałe, powtarzają w kółko te same rzeczy i nie ma sposobu, by prowadzić z nimi rozsądnej sprzeczki, zaś takie do których przemówiłby sarkazm. trafią się bardzo rzadko. uogólniając, Theo próbuje unikać ich towarzystwa, a one odwdzięczają mu się tym samym. ale pewnego dnia Zayn podchodzi do niego, bawiąc się obrączką na swoim palcu i wypowiada szereg niepokojących zdań zawierających wyrażenia typu: "patrzeć naprzód" "poczuć się z znowu przy kimś kochanym" i "ktoś musi pamiętać o dzieciach", i do spanikowanego Theo przestaje docierać sens jego słów. kiedy wreszcie pojmuje, że Zayn mówi o swoim wyjściu z Liamem, a nie o planach wmanewrowanie Theo w nudną małżeńską rutynę, czuje tak wielką ulgę, że bez namysłu godzi się na pilnowanie dzieci i nie pyta o nic więcej.
reaguje więc z niemałym szokiem, kiedy wieczorem drzwi mieszkania Zayn'a otwiera Styles.
– co jest? – pyta Theo.
Styles uśmiecha się bezczelnie.
– Zayn ma pewnie objawy, żeby zostawić dzieci sam na sam z tobą – tłumaczy. – instynkty opiekuńcze nie są twoją najmocniejszą stroną, skarbie.
– a twoją niby, tak? – odgryza się Theo i zaciska rękę na futrynie. wie, że mógłby odwrócić się na pięcie i odejść. jego samochód czeka tuż pod domem i czeka, by zabrać go z tego miejsca pewnej i nieuniknionej katastrofy. może zniknąć tu w każdej chwili, kiedy tylko zechce.
Styles, zaskoczony, patrzy na niego z uniesioną brwią.
– potrafię doskonale radzić sobie z dziećmi.
jakby dla udowodnienia prawdziwości tych słów, Henryk wybiega z pokoju przypada do nóg Styles'a.
– wujku Harry! – krzyczy. – Melania zabrała mi mojego Zhu Zhu i powiedziała, że jestem głupol!
o, właśnie: dokładnie z tych powodów Theo woli nie zbliżać się do dzieci. co to takiego, Zhu Zhu? i niby dlaczego jego zniknięcie jest jakąś tragedią? a poza tym, po co awanturować się o "głupola"? jak to w ogóle brzmi?
w dodatku Henryk płacze. jakaś nieznana część jego umysłu najchętniej zaczęłaby na ten
widok panikować i żądać, by natychmiast przestał. Styles rzuca mu rozbawione spojrzenie pod tytułem "dobrze wiem o czym myślisz', a potem kuca na wysokość oczu Henryka.
– a co przedtem powiedziałeś Melanii, że się tak rozgniewała, hmm?
płacz Henryka ustaje w jednej chwili.
– nic. – mamrocze i ucieka wzrokiem na bok.
Styles uśmiecha się do niego.
– naprawdę? nic a nic?
Henryk kiwa głową, a Styles dziabie go palcem w brzuch.
– rozmawialiśmy już o tym, ile potrafią zdradzać gesty i miny, skrabie. odpowiedz mi jeszcze raz.
– nie powiedziałem nic Melanii. – powtarza Henryk, tym razem pewniejszym głosem i patrzy Styles. – nie... spra... sprawo... sprawowo... kałem... jej.
Styles, wyszczerzony od ucha do ucha, klepie go łagodnie po głowie.
– o wiele lepiej. – mówi. – a teraz się założymy. ja twierdzę, że jeśli przeprosisz swoją siostrę za to, czego nie powiedziałeś, odda ci zabawkę. ty twierdzisz, że się mylę.
Henryk patrzy na niego z zastanawianiem.
– a co dostanę, jak wygram?
– to. – Styles wyciąga z kieszeni żeton do pokera, czarno–złoty, bez jednego "L" w słowie "Bellagio". powstrzymywanie uśmiechu przychodzi Theo trudniej, niż by przypuszczał.
Henryk przez chwilę mierzył żeton krytycznym wzrokiem, a potem wyciągnął swoją małą rączkę i potwierdził umowę.
– zgoda.
wymieniają energiczny uścisk dłoni i Styles wstaje, mierzwiąc małemu włosy.
– widzisz? – zwraca się do Theo, który krzywi się paskudnie. Henryk dopiero wtedy go zauważa. podnosi na niego oczy, uśmiech się, i mówi bardzo grzecznie "cześć, wujku, Theo" przybija piątkę z Styles i odbiega. Theo czuje się dziwnie pominięty.
– widzę, że przerzuciłeś się na psucie dzieci. – warczy. – jak uroczo.
Styles unosi brew.
– widzę, że nie poznałeś żadnego z bliska. – komentuje drwiąco. – te małe bestie potrafią być bardzo samowolne. i przerażająco sprytne. ja tylko uczę ich zasad.
– no, ale to... chyba nie... znaczy, ja...
– nie wiedziałem, że akurat ty zechcesz kiedykolwiek poddać pod dyskusję sens istnienia zasad, skarbie. – mówi Styles i to brzmi tak idiotycznie, że Theo ma chęć się na niego nawrzeszczeć, ale w tym momencie Zayn staje u progu swojej sypialni.
– o Theo, cześć. – rzuca mu na powitanie. – nie usłyszałem, że przyszedłeś. dojechałeś bez korków?
– dlaczego – pyta Theo, wskazując kciukiem na Styles'a. – on tutaj jest?
Malik mierzy go tym swoim podejrzliwym spojrzeniem z ukosa.
– żeby pilnował dzieci. – opowiada powoli, jakby Theo był jakimś debilem.
– w takim razie po co ja tu jestem? – drąży dalej.
– żeby pilnować Harry'ego. – mówi Zayn, nie przestając mrużyć oczu. – myślałem, że wszystko wyjaśniliśmy sobie już wcześniej?
Theo sięga pamięcią wstecz. teraz, gdy się nad tym zastanawia, uświadamia sobie, że nazwisko Styles'a rzeczywiście padło. – gdzieś pomiędzy "wiesz, Theo, nikt z nas nie chcę obudzić się któregoś dnia i stwierdzić, że jest starym, pełnym żalu człowiekiem.", a jedną z firmowych min Zayn'a ze szparkami między oczyma, z tym że w wersji na smutno, a kiedy Theo przeszukuje swoją pamięć jeszcze bardziej przenikliwie, przypomniał sobie też, że we wzroku Malika cały czas tańczyły małe ogniki, który najwyraźniej sugerował, że Zayn doskonale wie, jak paniczne odczucia wzbudzają w Theo jego wywody. – i jak świetnie się tym faktem bawi.
Malik, stwierdza Theo ponuro, jest podstępną, podłą żmiją.
– cóż, najwyraźniej nie posłyszałem. – odpowiada opryskliwie i stara się zignorować Styles'a, który trzęsie się obok ze śmiechu. – czy Liam nie mógł załatwić ci profesjonalnego opiekuna do dzieci?
Zayn wzdycha.
– one przeszły tak dużo, Theo. straciły ojca, a potem musiały pogodzić się z tym, że znowu się spotykam. pomyślałem, że lepiej będzie, jeśli zajmie się nimi ktoś kogo znają. przynajmniej na początku.
– ale dlaczego mamy robić to obaj?
– jesteś beznadziejny, jeśli chodzi o podejście do dzieci. – tłumaczy Zayn. – a Styles jest beznadziejny ogólnie. nie ufam żadnemu z was pojedynkę.
– a ty nie masz nic przeciwko temu? – zwraca się Theo do Styles'a, który stoi oparty o ścianę i obraca w palcach inny żeton niż ten, który zaoferował Henrykowi.
– absolutnie nie, skarbie. – odpowiada i puszcza do niego oczko. – oczywiście, o ile nie przyznasz wreszcie, że jestem zbyt atrakcyjny, byś mógł oprzeć się mojemu zniewalającemu czarowi. w tym przypadku wolałbym udać się z tobą w jakieś bardziej ustronne i oddalone od dzieci miejsce.
w tym momencie wchodzi Payne, patrzy najpierw na Theo, potem na Styles'a i na koniec mówi:
– chętnie okażę wam wdzięczność za wasze usługi. jaki typ pokoju hotelowego odpowiada wam najbardziej?
Styles wybuch śmiechem. Payne sięga po książeczkę czekową, a Zayn mruży oczy w sposób, który zdradza zarówno groźbę, jak i miłosne zauroczenie.
– nienawidzę was wszystkich. – syczy Theo i sztywnym krokiem kieruje się do salonu w poszukiwanie Melanii.
xxx
oglądają piękną i bestię. film jest okropny, ale dzieciom wydaje się podobać. Styles przez cały czas komentuje zgryźliwe akcje, robi to jednak tak cicho, że słyszy to tylko Theo, więc nie zachowuje się do końca niewybaczalnie. podczas sceny tańca Styles pozwala Melanii stanąć na swoich stopach i wiruje z nią w takt muzyki.
Theo zdecydowanie nie jest oczarowany.
Henryk zasypia pod koniec filmu i Styles zanosi go do łóżka, a Theo bierze na siebie obowiązek poczytania Melanii na dobranoc. obawia się nieco tego zadania, ale gdy siada na skraju jej materaca, dziewczynka rezolutnie sięga pod poduszkę i wydobywa mocno podniszczony egzemplarz "wiedźm"
Theo uśmiecha się na widok okładki, choć Melania jest prawdopodobnie za mała na tego typu historię.
– to dobra książka.
Melania rzuca mu nieśmiałe spojrzenie.
– moja ulubiona. – wyznaje. – mamusia mówi, że nie można mi jej czytać, bo jest za straszna, ale myślę, że to nieprawda.
– nic mu nie powiem. – obiecuje Theo. – gdzie mam zacząć?
Melania marszczy nos i przez sekundę mocno przypomina swojego ojca.
– od początku – mówi to takim tonem jakby uważała, że Theo jest głupi. – no bo gdzie indziej się powinno zaczynać?
Theo, ku swojemu zdumieniu, dochodzi do wniosku, że chyba ją lubi.
czyta tak długo, aż Melania nie zasypia, a potem okrywa ją kołdrą i gasi światło. kiedy wychodzi z jej pokoju na korytarz, Styles stoi pod drzwiami, ale się nie odzywa ani słowem. w przyjemnej ciszy oglądają razem fatalne programy emitowane przez telewizję kablową, a kiedy Zayn wraca do domu, wreszcie mogą sobie iść.
xxx
– do twarzy ci w żółtym, skarbie. – mówi Styles. – powinieneś częściej pokazywać się w tym kolorze.
Theo mruga i patrzy w dół.
– boże drogi – szepcze słabo, a potem nieco głośniej – o, mój, kurwa, boże.
ma na sobie sukienkę. i nie jest to pierwsza lepsza sukienka, o nie (jakby robiło to w ogóle jakąkolwiek różnicę, myśli histerycznie), ale kłującą w oczy jaskrawą, przeraźliwie żółta suknie balową, z falbankami i bufiastymi rękawami, jego kurwa mać.
– Styles – pyta. – co tu się, kurwa, dzieje?
i dopiero wtedy naprawdę dostrzega Styles'a, który jest dobre ćwierć metra wyższy niż zwykle, dwa razy szerszy w ramionach i pokryty futrem od stóp do głów.
– boże przenajświętszy. – powtarza.
– nie bój się, ukochany. – mówi Styles z kompletnie nie zmienionym akcentem. – to tylko sen.
– zamorduje cię. – cedzi Theo i robi krok do przodu. sukienka szeleści w okół jego nóg. ogarnia go wielka chęć, żeby wrzasnąć. – obudź mnie, Styles, i to kurwa natychmiast. to wcale nie jest śmieszne...
– o nie, słoneczko... – mruczy Styles zmysłowo i zatacza dłonią szeroki krąg wokół nich. nie tyle dłonią, co łapą. wielką, solidną łapą. – nie mogę nic zrobić. to wyłącznie produkt twojego umysłu. to raczej nie moja wina, że widzisz nas w takich, a nie w innych rolach.
jeśli to tylko sen to z całej siły Theo skupił się na myśleniu o ciężarze i kształcie glocka w dłoni, ale zamiast pistoletu w jego dłoni materializuje się miotełka do kurzu.
– cześć. – odzywa się głosem jego siostry. – mam nowiutki środek chemiczny do sprzątania, który chciałabym wypróbować z twoją pomocą. myślę, że świetnie poradzi sobie z posmakiem mleczka do czyszczenia srebra.
Theo wydaje z siebie dźwięk, który absolutnie i kategorycznie nie może być dziewczęcym piskiem przerażenia, bo coś podobnego po prostu nie ma dostępu do jego świadomości. gniewnym krokiem opuszcza salę. wychodzi na korytarz z długim szeregiem drzwi po obu stronach i biegnie w stronę najdalszych z nich. musi podnieść sukienkę, żeby nie zaplątać się w fałdy spódnicy.
– ten krój wyczynia autentyczne cuda z twoim tyłkiem, kochanie, – woła za nim Styles. Theo przyśpiesza. wpada do środka przez ostatnie drzwi, opiera się o nie plecami, zamyka oczy i powoli osuwa na podłogę.
przez warstwę materiału czuje, że coś siada mu na kolanach. unosi powieki i widzi balansujący na jego nodze mały, lekko obity czajniczek, który mierzy go poważnym spojrzeniem – o ile cholerne czajniczki mogę patrzeć – i ogólnie wygląda dziwnie znajomo. jego uszko podatne dokładniejszym oględzinom, okazuje się mieć kształt pozłacanej wstęgi Mobiusa.
– o nie. – mówi Theo.
– jesteś dla niego zbyt surowy. – gani go Niall, podskakując mu na kolanie. – co on może poradzić na to, że jest wielki i włochaty? takim go właśnie stworzyłeś.
– nie chodzi o to, że jest włochaty – jęczy Theo z irytacją – bardziej o to, że to Styles.
Niall zastanawia się przez chwilę.
– to zboczone – decyduje wreszcie
– rozbiję cię o ścianę – informuje go Theo – nie myśl sobie, że nie roztrzaskam cię na kawałki.
Niall robi nadąsaną minę. – jak do diabła, czajnik może zrobić nadąsaną minę?! – a wtedy do rozmowy wtrąca się kolejny znajomy głos.
– nie przejmuj się nim, Niall. on zrzędzi, bo nie podobają mu się własne tłumione pragnienia seksualne.
– Zayn? – pyta Theo.
mały zegar mruży oczy w charakterystyczny sposób
– wolno mi mówić o ukrytych pragnieniach seksualnych – oświadcza. – bo znowu zacząłem z kimś sypiać.
– ja wcale nie chcę wiedzieć... o boże, błagam, nie mówi mi tylko, że on...
do pokoju wchodzi okazały świecznik
– proszę, czuj się u nas jak u siebie w domu. – mówi suchym, pozbawionym humoru głosem Liam. – pod warunkiem, że w żaden sposób nie zaszkodzi to wyposażeniu pałacu. był poważną inwestycją.
Theo budzi się gwałtownie o czwartej nad ranem, zalany zimnym potem. wstaje i parzy sobie dzbanek bardzo mocnej kawy. nie ma najmniejszego zamiaru zmrużyć oka tej nocy. nie po czymś takim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz